Episkopat Trouble, czyli bilans zysków i strat

Kilka lat temu z lekkim niedowierzaniem i zazdrością czytałem o tym, że premiera Gender Trouble była dość szeroko dyskutowana w amerykańskich mediach, ich autorce poświęcano cenny czas antenowy a nawet zapraszano ją na kanapy telewizji śniadaniowych. Wówczas wydawało mi się to bardzo odległe, wprost amerykańskie. Otrzymanie nagrody za najlepszą i najgorszą książkę filozoficzną potrafiłem przełożyć sobie na polskie realia, ale już akademickie debaty toczące się w mainstreamowych mediach wydawały mi się bardzo odległe od polskich realiów. Powyższe wspomnienie nie jest jednak prostym zestawieniem tego, co dziś dzieje się w Polsce z faktami towarzyszącymi premierze tytułu Butler, ponieważ w Polsce nadal medialnej dyskusji dotyczącej płci oraz książki Butler się nie doczekaliśmy. Póki co w telewizji publicznej, telewizjach prywatnych, stacjach radiowych oraz w kościołach mamy pokaz resentymentów, nie dysputę. Mamy monolog guślarza, któremu wydaje się, że jest władcą historycznego Egiptu. Jeśli tylko wsłuchamy się w słowa polityków, albo wczytamy w listy Episkopatu czy też pisma popierających je pseudonaukowych organizacji, to od razu pojawia się proste pytanie: czy ktoś w ogóle wie, o czym mówi/pisze? Nie, oczywiście, że nie. Żaden z wypowiadających się polityków, żaden spiker, spikerka, ksiądz. Wszyscy ci państwo widzą groźną kategorię płci kulturowej (bo tyle zdążyli się dowiedzieć), która zagraża płci biologicznej, rodzinie, Polsce, a dalej to już całej cywilizacji białego człowieka. Do tej pory nikt nie zadał pytania jak zagraża, co też ten gender robi i komu? Dziś już wiemy, że nie o dyskusję tu idzie a o władzę. Gdyby szło o dyskusję, szybko by się okazało, że wszystkie te i wszyscy ci, którzy z równością czy studiami genderowymi są związani, w rzeczywistości są antygenderowi. Tak, studia genderowe ukazują kulturowy fałsz i próbują go zdekonstruować. I jak to się ma do powołanej przez hierarchów kościelnych „ideologii gender”? Jak kwiatek do kożucha. Szanowni hierarchowie i szanowni profesorowie z katolickich organizacji wypadałoby zacząć czytać źródła.

W całej tej wojnie zastanawia co innego, dlaczego nikt nie dostrzega prostego faktu, że medialne kariery kolejnych członków i członkiń prawicowych partii oraz księży zapraszanych na telewizyjne kanapy powielają jeden schemat: walczę z bardziej lub mniej wyimaginowanym wrogiem, nie robię nic konstruktywnego, tylko krzyczę a wiadomo, kto ma głos, ten ma władzę. Taki pan czy pani mówi, że jest źle, ale zamiast sensownej reformy czy choćby zmiany ustawy krzyczy na wizji, że go kobieta bije albo gendrysta seksualizuje mu/jej dzieci. Paradoks polega na tym, że wszyscy mianujący się obrońcami prawdziwej polskości korzystają z kapitału swoich przeciwników. Nikt z nich nie potrafi sformułować merytorycznych zarzutów, konstruktywnie ocenić działań drugiej strony. Niby cały czas wydaje nam się, że feminizm w Polsce jest marginesem marginesu, z którego krzyczą brzydkie panie, a jednak okazuje się, że ów margines został już zręcznie medialnie przemielony i jako awangarda liberalizmu jest teraz odpowiedzialny za brak polityki prorodzinnej, za brak dzietności, za kapitalizm, za liberalizm, za homoseksualizm i od niedawna także za pedofilię. Zręczny to i prosty mechanizm. Ruch, który w Polsce po 1989 roku politycznie, obywatelsko, medialnie właściwie niewiele osiągnął, nagle, dzięki kilku przesunięciom akcentów, staje się narodowym zagrożeniem. Właściwie nic nowego. Pisała o tym m.in. Agnieszka Graff we wstępie do tłumaczenia Reakcji Susan Faludi. Jednak odpowiedź na pytanie czy w Polsce mamy obecnie backlash to już problem na inny tekst.

Teraz należy sobie zadać pytanie jak się poruszać w takiej rzeczywistości? Na tłumaczenie nie jest za późno, bo jak się okazuje zupełnie nie o to szło. Z listem Episkopatu Polski nie da się dyskutować, nawet nie należy. Można napisać jedynie tyle, że jeśli jego autorzy wierzą w piekło, to mogą sobie odświeżyć lekturę Boskiej komedii Dantego, prawdopodobnie znajdą tam swoje miejsce. Choć jeśli powołać się na ostatnie badania i wywiady przeprowadzane wśród wierzących, to prawdopodobnie biskupi nie znajdują się w tych chlubnych 28% katolików wierzących w piekło, niebo i inne takie biblijne przesądy.

Inne z kolei listy członków Episkopatu, te nieczytane z ambon, tylko wysłane do polityków, zdradzają natomiast szczątkową wiedzę na temat studiów poświęconych płci i rodzajowi kulturowemu. Jeden z nich cytuje tzw. studencki manual, który dla autora staje się kopalnią wiedzy na temat płci, gender ale też i na temat feminizmu oraz jego związków z marksizmem. I to jest ta merytoryczna debata, albo raczej monolog, w którym Judith Butler (bo prawdopodobnie o jej książce opowiadają hierarchowie) staje się papieżycą polskiego feminizmu i polskich studiów nad płcią i tożsamością. Naprawdę wystarczy otworzyć katalog pierwszej lepszej biblioteki akademickiej, by zobaczyć, że krytyka rozpoznań Butler dotarła do Polski wiele lat przed samym tłumaczeniem jej Gender Trouble. Kwestia podmiotowości w feminizmie oraz kwestia feministycznej filozofii i teologii jest naprawdę skomplikowana.

Trudno walczyć z  księdzem, który bez skrępowania mówi na wizji w programie na żywo „ale ja przecież nikogo personalnie nie obrażam, ja mówię o genderystach, nikogo nie pomawiam, to nie jest mowa nienawiści”. W taki oto sposób panowie zdradzają swoją i tak znaną taktykę. Niestety znajomość ich taktyki nie daje jeszcze konkretnej broni. Jedyną bronią jest krytyczna autorefleksja, czyli coś czego studia nad płcią i systemami politycznymi uczą od dawna. Możliwe, że dlatego są solą w oku skamieniałej struktury hierarchicznej, która dostrzega w nich diabła. Skąd jednak paranoiczny strach przed złotą sukienką happenera na poznańskiej uczelni? Trudno orzec. Wspomniany wykład księdza pokazał jednak coś innego. Odbicie lokalne tego, co dzieje się w polityce ogólnopolskiej. Nie idzie o gender a o nazwiska. Komuś się ubzdurało, że w ten prosty sposób na czyimś kapitale zbuduje swoją medialną pozycję. Tak, feminizm i studia nad płcią niosą ogromny kapitał. Kapitał społeczny. Zajmują się społecznymi strukturami, nierównościami, ekonomią, rodziną, przywilejami i brakiem praw. Czym zajmuje się kościelna hierarchia i partyjne gwiazdy programów informacyjnych? Dobre pytanie, bo chyba nie tylko trzymaniem własnych stołków.

Jak przeciwdziałać konserwatywnej nagonce? Jak mierzyć się z mową nienawiści? Póki co budzi ona spory strach. Także we mnie. Strach budzą faceci, którzy na uczelni używają paralizatorów, strach budzi uzbrojona policja z pałkami i tarczami, ale też strach budzi fakt, że debata na temat przeciwdziałania antygenderowym wypowiedziom spełza na niczym. Na kilku stwierdzeniach dotyczących tego, byśmy robili swoje, kształcili równościowo, pisali kolejne książki, przeprowadzali dalsze badania. To niestety za mało. Doskonale ukazuje to reakcja na słowa Katarzyny Bratkowskiej. Nikt nie zareagował na tezy jej interlokutora, wszystkim wydaje się, że jego zdanie jest poprawne, dozwolone a gdy tylko kobieta powie: to mój brzuch, zrobię, na co mam ochotę, usunę ciążę, to nagle okazuje się, że cofa dokonania ruch feministycznego o lata świetlne. Podobnie jak przerwany poznański wykład. Też ma być „podaniem argumentów na talerzu”, bo feministki i genderyści powinni grzecznie siedzieć na wycieraczce i czekać na akceptację. Tylko czyją? No i o jakich to niby dokonaniach mówią krytycy i krytyczki działań Katarzyny Bratkowskiej, ci którzy przekonują, że lepiej by było, gdyby sobie grzecznie siedziała i próbowała dyskutować z kimś, kto rozmawiać nie ma zamiaru? Tak, nikt z nami nie ma zamiaru dyskutować. Co więc robić? Działać. Nie, nie jest to proste zawołanie „na barykady”, choć rzeczywiście z podziwem patrzę na sufrażetki, które ukryły młotki w mufkach i wyszły na miasto stłuc kilka witryn albo próbowały chwycić za uzdę królewską klacz w trakcie konnych wyścigów.

Jedno wiemy na pewno. Od dawna widzimy, że debata publiczna potrzebuje nowego języka. Ten, którym mówi się teraz nie jest wynikiem żadnego kompromisu. Może więc happening w Poznaniu, który opierał się na przedrzeźnianiu słów kapłana, na nagradzaniu go gromkimi brawami za jego antygenderowe tezy, czy też słowa Katarzyny Bratkowskiej w prosty sposób ujawnią nadużycia konserwatywnych określeń typu „śmierć dzieci nienarodzonych”, „ideologia gender”, „seksualizacja dzieci”, „masturbacji dzieci przez rodziców”. Tak, wzięte w cudzysłów, ironicznie wywyższone, pokazują aberracje ich użycia w polskich kościołach i mediach. Nie życzę sobie, by żaden ksiądz w mediach publicznych ani prywatnych przed 23.00 wypowiadał tego typu zdania,  chyba, że któryś z nich ma kwalifikacje, by prowadzić edukację seksualną. Może więc zdarzenia z Poznania oraz wypowiedzi Katarzyny Bratkowskiej potraktować nie jako jednostkowy wyskok kogoś komu puszczają nerwy a jako pierwszy stopień do wypracowania nowego języka. Jako ujawnienie ultrakonserwatywnego wolapiku posłów i księży. Powinno się przechwycić te idiotyzmy o stanie błogosławionym i wydać na żer polskim kabaretom – to w końcu gotowe skecze na kolejną kabaretową biesiadę! Taka posłanka słaniająca się na ostatnich nogach, będąca w wysokim stanie błogosławionym, której miejsca w miejskiej komunikacji nie ustępuje żaden ksiądz, bo to przecież żadna ciąża jest, tylko stan natchniony – tylko się cieszyć z rozstępów i bólów. Śmiech po pachy. Kabarety bierzcie! Toż to śmieszniejsze niż kolejny spicz przegiętego geja albo głupawej blondynki. A taki ksiądz w komunikacji publicznej to już kolejny poziom żartu w żarcie.

W moim życzeniu przechwycenia głosu jest jednak pewien paradoks. Okazuje się bowiem, że im częściej księża krzyczą z ambon o diabelskim gender oraz wypowiadają się w mediach, tym wyraźniej dostrzegam pewną prawidłowość: ich działania same się znoszą. Bo co jeszcze można powiedzieć? Że redakcja „Tygodnika Powszechnego” to zdrajcy i piąta kolumna? Że w Niemczech feministka opluła katolika a w kościele zrobili Tesco? Straszne rzeczy. W Polsce dzieją się jednak rzeczy straszniejsze: ludzie myślą, ludzie szukają, bo mediów nie traktują jako wykładni absolutnej, podobnie nie taktują głosu polskiego Episkopatu. Źródeł jest wiele. Pewnie, mamy problem z językiem, pewnie, publiczna debata nie odbędzie się na poziomie genderowych teorii i ich akademickiej krytyki, pewnie, nie mogę porównywać tego co widzę wokół siebie z tym, co dzieje się wokół wiejskiego kościoła, po prostu jestem gdzie indziej, jednak to co widzę, pokazuje, że przeciwnicy nie zbiją społecznego ani politycznego kapitału na antygenderowym gadaniu. Owszem robią wiele złego, jednak ich gadanie owocuje także tym, że ostatnie numery „Wysokich Obcasów” czy genderowy numer „Tygodnika Powszechnego” zbłądziły pod strzechy tych, którzy do tej pory nie kłopotali się istnieniem kategorii płci kulturowej. Tak drodzy panowie posłowie, tak drodzy księża, kapitał społeczny nadal leży po stronie feminizmu i krytycznych badań nad płcią i tożsamością. A jaki jest wasz kapitał? Strach wiernych i złość rozczarowanych? Resentymenty przy biesiadnym piwie? Najwyraźniej daleko nam jeszcze do dawno już postulowanego końca historii. Choć gdy rozmawiam z rodziną, znajomymi i znajomymi znajomych wydaje mi się, że już ku niemu bliżej, niż dalej, bo ktoś tu naprawdę traci społeczne zaufanie.

Maciej Duda

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Episkopat Trouble, czyli bilans zysków i strat

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s